Bydgoski dwumiesięcznik kulturalny skupiający autorów z całej Polski wokół ogólnoświatowej tematyki kulturalnej

MŁODZI POECI, KTÓRYCH NIE ZNASZ, A POWINIENEŚ: EWELINA KRUPSKA

AGNIESZKA BYKOWSKA
Aleja Nieznanego Poety – MPKNZAP #1

poetka urodzona w Łodzi

Ewelina Krupska

Kilka dni temu, kiedy napisałam Ewelinie o pomyśle wprowadzenia na Aleję Nieznanego Poety nowego cyklu, opisałam ten wymiar poezji jako zapis leśno-duchologicznego mistycyzmu. 

Wraz z nadejściem kolejnego stycznia w moim życiu, podjęłam decyzję o wprowadzeniu  jakiegoś powiewu świeżości w moją codzienność. Oprócz wyprawy na siłownię dwa razy w tygodniu (okej, na razie mam za sobą dopiero pierwszą, ale już poczytuję to za niemały sukces), pomyślałam o cyklu oswajającym przeciętnego entuzjastę poezji z jej przedstawicielami. Na pierwszy ogień idzie poezja jednocześnie cicha jak wieczór nad zapomnianą wiejską strugą, i hałaśliwa jak wakacje na blokowisku w centrum miasta. Wnikliwy czytelnik Splotu mógłby dostrzec teraz pewną zbieżność, gdyż dokładnie rok temu na łamach naszego dwumiesięcznika w rubryce poetyckiej ukazał się tekst Eweliny. Pamiętacie?

uprowadzenie trzepaków

 

wyświetlili odjazdy. czarna tablica jak to domino,
które nigdy nie służyło do gry polegającej
na liczeniu białych kropek. to nawet ten sam dźwięk:
słodkawy u podstawy, podobny do zgrzytania
zębów o trzeciej nad ranem. co nam pozostaje?
musimy odjechać. trzepaki wyniesiono cichcem, upchnięto w pawlaczach
(pewną trudność musiało sprawiać
manewrowanie bryłami betonu podczas uprowadzeń).
nie wiadomo w czyich mieszkaniach przetrzymuje się dziś
te wszystkie rury wciąż ciepłe od naszych dłoni,
wyślizgane z zieleni,
i czy warto czekać co rano aż z miejsc po siniakach
popłynie święta krew. mówię, że w Suwałkach
pewnie nic nie ma, prócz czterech na minusie.
jakie to kuszące i krótkowzroczne, słuszne i zbawienne.

ostatecznie pojedziemy donikąd przez Warszawę.

Debiutancki tom Eweliny, Mapę Zalesienia (wyd. Convivo), czytałam głównie w podróży. Gdzieś między oddalonymi od siebie częściami miasta, a nawet różnymi miastami. Zdarzyło mi się czytać go przed snem. I chyba gdzieś w kawiarni. To takie aktywności i miejsca, które mimowolnie zmuszają do myślenia nostalgicznego. Pierwsze słowa każdego kolejnego tekstu z miejsca łapały mnie energicznie za ramiona i porywały w nieznane. Do kuchni, gdzie piecze się ciasto. Na trawę. Nad wodę. Wszędzie odnosiłam wrażenie, że skądś to miejsce znam. Jakbym już tu była. Dawno temu. Atmosfera minionego czasu i obserwacje zmian spajają tę poetycką prozę.

majówka

tej nocy jadą przez miasto
prędkie samochody na obcych rejestracjach. jakieś egzotyczne
SMY, ciekawe
czy to daleko. czy daleko.
plujemy na krawężnik i śledzimy uważnie
ich nagłe wizyty. nie rozpoznałam nikogo
ale to pewnie czyjaś matka
śpi z czołem przy szybie i z bólem w karku.
plecionym sandałem depcze złapany w barwną sieć
komplet do badmintona. to nawet zabawne, sandał w kwietniu.
pożałowała go właśnie, stary piździ klimą po nogach.
ma nadciśnienie, tak się tłumaczy. słychać
jak na łydkach rośnie gęsia skórka. zapowiadali,
że odczuwalna dwadzieścia pięć.

szukają apteki, młody skaleczył kolano.
tędy i tędy, choć nie do końca jesteśmy pewni.
w głowie mamy dym,
przeterminowaną młodość. oranżadę w nosie.

myślę, że wpuściliśmy ich w maliny,
w objazd, w biało-czerwoną tasiemkę z pułapką.
skąd mogliśmy wiedzieć, ostatnie dni
spędziliśmy na wypatrywaniu chwili,
która mniszki lekarskie układa w kształt kuli.

Kilka dni temu, kiedy napisałam Ewelinie o pomyśle wprowadzenia na Aleję Nieznanego Poety nowego cyklu, opisałam ten wymiar poezji jako zapis leśno-duchologicznego mistycyzmu. Dla tych, którzy chcieliby głębiej zanurzyć się w powyższym klimacie, poniżej zamieszczam więcej tekstów Eweliny. Warto do nich zajrzeć tym bardziej, że są to absolutne świeżynki, wcześniej dotąd nie publikowane.

bójka

to tylko ślad po gorączce, a ja chciałabym
mieć wargę rozciętą w bójce, owocową krew,
choćby małą kropkę, co spada na chodnik
spowolniona upałem, wypluta pod buty i jest
jak skórka czereśni, tak samo blednie w czasie,
może wydziobie ją drozd, zapomni zaśpiewać
na deszcz, a może, między płytami chodnika (lub ziemi)
posieje się roślina, która nada się na napar
a ten zwali nas z nóg. ja chciałabym się bić
o chude kolana dziewczyny w levisach
skróconych u krawcowej (ładnie zawinęła), chciałabym,
ale robi się już ciemno i prawie nie można
odróżnić wrony od nieba, ciała od pnia drzewa. mogłabym
pościerać knykcie na korze, przepaść w dziupli,
kto by mi potem uwierzył w siniaki jeśli te
tak łatwo pomylić z cieniem

 

cooler

huśtawka, o którą kłócimy się w dzień
w nocy wisi splątana. kołysze ją wiatr,
dynda, bo nikt nie chce dotknąć supłów. życie
rozlało się na schodach, spłynęło po kropli
w żółtą kałużę kuchennego światła.
mamy tu krzesło z plastiku i puszki po piwie
cytrynowym jak lek. mamy bluzy a w nich
sparciałe gumki, ziarna po kieszeniach.
papierosy trzymamy jak źdźbła trawy:
między palcem wskazującym a kciukiem i jest tak
jakby matki wydały nas na beton z pominięciem
prześcieradeł i szpitalnych sal. w porze letniej
wychodzimy z domu prosto na wóz,
wielki, bo ma do zabrania pięcioro ludzi,
kukurydzę i psa, który jutro przed zmierzchem
po cichu wplącze się w kombajn, lecz dziś
jeszcze piszczy o mięso z obiadu. tropię cię,
zaczynam od zapachu jeziora, który trzymasz
w niewypranym kostiumie, wącham zgięcia liści
i zmiażdżony agrest, rozpytuję po krzyżówkach dróg
o dziewczynę bez butów, ale nie znają cię tam,
widocznie już tędy szłaś. jeśli będzie trzeba
zamieszkam pod balkonem, w prostokątnej niszy,
w orbicie jednego okna i nikt się nie pozna,
że przyszłam z tamtych miejsc, w których gotuje się srebro,
czarninę i wodę pachnącą ziemią
na kuchni wciśniętej w kąt domu jak trzonowy ząb

 

wakacje ‘94

prababka ma grób tuż przy ogrodzeniu
widok na grudy pola, odsłonięte niebo,
żadnego drzewa i zastanawiam się
czy to dobrze, bo przecież przy domu
rosły topole zbierające piorun za piorunem
a w sercu podwórka drzewo, o którym nie wiem nic
poza tym, że pozowaliśmy tam do zdjęć
rozsypani po jego korzeniach, poubierani tak śmiesznie
– w getry i krótkie bluzki (nadruk popękał w praniu).
matki w samych stanikach, bo to pewnie szczyt lipca,
popijają słabe piwo o smaku cytrusów
i mówiąc, że dobre, zimne, wieszają na uszach czereśnie,
nam studzą kompot a z pierwszych chmur na południu
czytają, że burza przyjdzie o szesnastej
zbierają pranie, zaganiają nas jak pisklęta
do ciasnej kuchni, domowych spraw, rysowania przy stole
jeszcze na długo przed pierwszym grzmotem

 

 

EWELINA KRUPSKAUrodziła się pod koniec sierpnia i przez to, jak twierdzi, ciągnie ją w życiu (i pisaniu) do przejściowych pór, granicznych doświadczeń, momentów przełomu i tropienia dziwnych sąsiedztw. Gdy akurat nie pisze, fotografuje i klei kolaże publikowane pod szyldem „papier, nożyce, SŁOWO”. Ma kampowo-chmurny mózg, który ktoś przysypał najpewniej garstką kurzu i konfetti.

 

Czytaj także: Bez czułości jesteśmy w piekle

1 komentarz

    • Piotr Orzechowski, Luty 26, 2018, 1:11 pm

    Odpowiedz

    Idzie wiosna. Chętnie poczytam więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.