Bydgoski dwumiesięcznik kulturalny skupiający autorów z całej Polski wokół ogólnoświatowej tematyki kulturalnej

SPLOTOWY PRZEGLĄD FILMOWY

Polska kinematografia okresu PRL-u

wajda podczas kręcenia filmu ziemia obiecana

Polska kinematografia okresu PRL-u stanowi ogromny zbiór znakomitych filmów. Postanowiliśmy w obrębie naszego zespołu redakcyjnego zrobić krótki, subiektywny przegląd, w którym każdy z nas opisuje po jednym filmie.

Maksymilian Gwinciński
Gangsterzy i filantropi
(1962 r., reż. Jerzy Hoffman)

Debiut fabularny Jerzego Hoffmana z miejsca zapisał się na stałe w historii polskiego kina kryminalnego i komediowego jednocześnie. Film podzielony jest na dwie opowieści. Pierwsza opowiada o grupie gangsterów pod przywództwem Profesora (w tej roli mistrzowski Gustaw Holoubek) planujących napad na furgonetkę z pieniędzmi. Druga część, Filantropi, to historia roztargnionego pracownika laboratorium (równie mistrzowski Wiesław Michnikowski), który po zwolnieniu z pracy zostaje wzięty omyłkowo za urzędnika państwowego robiącego kontrolę w restauracjach. Wątki obu opowieści łączą się na sali sądowej w połowie filmu. Błyskotliwe dialogi, bezbłędna fabuła i gra aktorska na najwyższym poziomie to tylko niektóre z walorów tego dzieła, świadczące o jego wybitności. Wisienką na torcie jest przepiękna piosenka Niby nic w wykonaniu Ireny Santor, która pojawia się w kulminacyjnym momencie Filantropów.

Paweł Szala
Jak działa jamniczek
(1971 r., reż. Julian Józef Antonisz)

Długość tej minizajawki jest zdeterminowana długością filmu. Ta ośmiominutowa animacja zachwyciła nie tylko wielu moich znajomych, ale przede wszystkim jury Krakowskiego Festiwalu Filmowego w 1972 roku. Polecam ją wszystkim fanom surrealizmu i osobom, które są pewne swojej kreatywności. Z filmu Jak działa jamniczek dowiecie się dosłownie wszystkiego na ten temat, bez wyjątków. Opowie wam to dziewięćdziesięcioletnia staruszka z przemiłym dla ucha „aktorskim ł”. Moim marzeniem jest, aby pierwszy klip do utworu Szewców został zainspirowany tym filmem.

Adam Kempa
Krótki film o zabijaniu
(1987 r., reż. Krzysztof Kieślowski)

Za eksperta nie uważam się w najmniejszym stopniu, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że kino PRL-u obfituje przede wszystkim w mnogość słodko-gorzkich, poniekąd satyrycznych z dzisiejszego punktu widzenia, motywów uwydatniających absurdy życia w socjaldemokratycznym społeczeństwie XX wieku. Podobno jedynie rodowici Polacy są w stanie docenić prawdziwy kunszt kultowych komedii Barei, które wymieniane są jako pozycje prominentne w kształtowaniu Polskiej kinematografii. Jakkolwiek również zaliczam się do miłośników starych Polskich komedii, tak jako ulubiony film postanowiłem wybrać dzieło znacznie mniej hermetyczne – Krótki film o zabijaniu (czasem tytułowany jako Dekalog V) Krzysztofa Kieślowskiego. To, co uwielbiam najbardziej w serii filmów Kieślowskiego, to właśnie umiejętność stworzenia filmów o niesamowicie uniwersalnym ciężarze i głębokiej potrzebie wyrażenia człowieczeństwa, nakręconych w czasach wysokiej izolacji kulturowej naszego kraju. Dekalog, jak zdążyłem się zorientować, bywa nierzadko powodem, dla którego obcokrajowcom zdarzało się słyszeć o ziemiach nad Wisłą („mój ulubiony reżyser jest z Polski”), a także wysoce opiniotwórczą inspiracją w procesie budowania własnego charakteru. Znam pewnego księdza, mądrego przyjaciela, który kiedyś wspomniał mi, że po obejrzeniu piątej części Dekalogu udało mu się raz na zawsze obrać silny stosunek w kwestii kary śmierci. Krótki film o zabijaniu to jeden z tych filmów, które z zachwytem oglądam jeszcze raz, przypominając sobie fabułę przed pisaniem tej krótkiej notki. Myślę sobie: jestem jednym z najpóźniejszych wycinków pokolenia urodzonych w samą porę, by doświadczyć na własnej skórze przejścia z cywilizacji analogowej na cyfrową – pamiętam czasy „bez komputera” w domu. W roku 2018, pełnoletniość po raz ostatni osiągną urodzeni w XX wieku. Bardzo ciekawi mnie, czy według dzisiejszych osiemnastolatków, film Kieślowskiego jest równie uniwersalny i niestarzejący się, jak dla mnie.

Agnieszka Bykowska
Przypadek
(1981/1987 r., reż., Krzysztof Kieślowski)

„Człowiek, ponieważ dane mu jest tylko jedno życie, nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić hipotezę za pomocą doświadczenia, i dlatego nigdy się nie dowie, czy powinien był, czy też nie powinien usłuchać głosu instynktu” – zacytowane słowa to fragment powieści czeskiego pisarza, Milana Kundery, Nieznośna lekkość bytu z 1984 roku. Trzy lata wcześniej Krzysztof Kieślowski kończy prace nad Przypadkiem, którego polską premierę wstrzymuje cenzura. Film na ekranach pojawia się dopiero w roku 1987. Nie przez przypadek (!) zaczynam swoją wypowiedź cytatem, bowiem między powieścią a filmem istnieje pewna łączność. Reżyser poprzez igraszkę z losem głównego bohatera rekonstruuje trzy z niezliczonej puli możliwych scenariuszy życiorysu Witka. Stawia go zarówno po jednej, jak i drugiej stronie barykady (kariera partyjna i reżim komunistyczny vs. opozycja solidarnościowa), by ostatecznie osadzić go w roli spełnionego zawodowo męża i ojca. Ciężkie pytania i nihilistyczne postulaty podawane są na surowo, niczym sól sypana wprost na otwartą ranę. Najbardziej razi niesprawiedliwość wymierzona prosto w człowieka dobrej woli. Za każdym razem kiedy oglądałam ten film z jednakową siłą uderzała mnie scena, w której Witek zostaje pobity przez milicję, a która oznaczona zostaje treścią: „Tego fragmentu nie udało się odtworzyć po ingerencji cenzury”. Nie myślałam, że kiedykolwiek poznam podobny ból rozczarowania rzeczywistością, w której sama się znalazłam. A wystarczy, że podczas wizyty w rodzinnym domu włączam telewizję. Może lepiej sięgnąć po jakąś „zakazaną” książkę? Witek u Kieślowskiego cytuje Kompleks polski, Konwickiego. Przecieram uszy ze zdziwienia, bo pasuje jak ulał na dzisiejsze dni. Przypadek?

Marcelina Gaworzewska
Hydrozagadka
(1970, reż. Andrzej Kondriatuk)

Hydrozagadkę należy bezwzględnie zakwalifikować do kultowych polskich komedii. Znakomita satyra i parodia filmów z gatunku, którego w naszych rodzimym kinie nie uświadczymy, tj. opowieści o komiksowych superbohaterach. Andrzej Kondratiuk wraz z Andrzejem Bonarskim stworzyli pierwszego polskiego supermana – przerysowanego do granic, obdarzonego nadprzyrodzonymi zdolnościami, odzianego w sztampowy obcisły kostium z powiewającą za plecami peleryną, przede wszystkim strażnika moralności i ładu społecznego oraz absolutnego przeciwnika alkoholu – Asa (w tej roli Józef Nowak). Tam, gdzie pojawia się superbohater, nie może zabraknąć antagonisty. W rolę złoczyńcy, najczarniejszego z czarnych charakterów, wcielił się Zdzisław Maklakiewicz, występujący jako bezwzględnie inteligentny doktor Plama („Pascal i Machiavelli w jednej osobie”). Do tego dodajmy egzotycznego maharadżę z Kaburu i tytułową zagadkę – tajemnicze znikanie wody w warszawskich kranach. Otrzymujemy klasykę absurdu, synkretyzm gatunkowy (mieszaninę kina akcji, kryminału i science-fiction) oraz wyłącznie kapitalne dialogi, które niemal 50 lat po premierze pozostały aktualne, cytowane i przytaczane za każdym razem wprawiają w rozbawienie. W zamyśle twórców Hydrozagadka miała być trochę kpiną, a trochę inteligentnym żartem. Żart (wbrew najśmielszym oczekiwaniom) okazał się nieśmiertelny.

Mateusz Lubiewski
Jak być kochaną
(1962 r., Wojciech Has)

Moim bezwzględnym faworytem, jeżeli chodzi o polskich reżyserów, jest Wojciech Jerzy Has. Udało mu się przemycać w swoim kinie niewyrażalny, nostalgiczno-eschatologiczny rezonans, taki kafkowski niepokój bytowania spod znaku „życie snem”. Dla mnie to jest najwięcej, co zdziałać może artysta, więc jasnym od początku było, że jeżeli mam wybrać tytuł z kina polskiego, który uważam za wyjątkowo godzien polecenia, to będzie to coś z filmografii tego reżysera. Tutaj wybór, po niezbyt długim zastanowieniu, padł na minimalistyczne i kameralne Jak być kochaną z 1963 roku. Czemu akurat ten film? Nie do końca wiem. To jest chyba ten typ dzieła kultury, który wysyła najbardziej adekwatny dla mnie rodzaj podczerwieni. Co charakterystyczne dla Hasa, jest to adaptacja tekstu literackiego – konkretnie opowiadania Kazimierza Brandysa, który odpowiada również za scenariusz. Również typowy dla Hasa jest wyrazisty bohater (tym razem bohaterka) – Felicja, zagrana przez Barbarę Krafftównę (bezwzględnie jedna z najwspanialszych kobiecych kreacji w kinie). Felicja jest aktorką i gra w teatrze szekspirowską Ofelię, która staje się jej alter ego. Tym, który ma ją kochać, jest również podwójny Wiktor Rawicz (Hamlet), grany przez Cybulskiego, który zdaje się mówić [tutaj pozwolę sobie zmodyfikować pod kątem płci cytat z W szponach seksu Antonisza] „Niestety proszę Pani, bardzo bym chciał, ale nie mogę się w Pani zakochać, zresztą sama Pani widzi, że robię wszystko, co mogę w tej materii”. Film włączany jest przez filmoznawców do niezwyklplakat filmowy hase interesującego nurtu w kinie powojennym, jakim była polska szkoła filmowa, jednocześnie na tle tej szkoły mocno się wyróżnia siłą psychologizmu i pewnego odwrócenia formuły. Wojna jest, ale gdzieś zupełnie w tle – rozpatrywane są raczej postawy, w efekcie czego film tak naprawdę traktuje o moralności i wyborach. Na pierwszym planie nie są karabiny i bomby, ale decyzje i ich konsekwencje. Poświęcenie i jego bezcelowość. Gdzieś czytałem, że można interpretować to jako parafrazę myśli Adorno: nie może być miłość po Auschwitz.

Bartosz Wolski
Popiół i diament
(1958 r., Andrzej Wajda)

Nie jestem wielkim fanem Andrzeja Wajdy. Raczej umiarkowanym, jeśli miałbym się określić fanem, chociaż określenie to byłoby na wielu poziomach nieadekwatne do stanu rzeczy. Nie jestem także wielkim fanem tradycji romantycznej, chociaż w tym przypadków określenie owo mogłoby okazać się trafne, mimo że w kilku zaledwie przypadkach. Zarówno Wajda jak i romantyzm mają swój urok, zaś gdy urok Wajdowski z urokami romantycznymi spotykają się w Popiele i diamencie, no to bez wątpienia powstaje wówczas wielkie kino. Jeśli chcecie oglądać ten film po raz pierwszy, wyrzućcie w ogóle powieść Andrzejewskiego z domu. Ale nie jakoś daleko, bo to porządna proza. Z tym, że zupełnie nie ma sensu mówienie o niej, gdy mowa o jej adaptacji. Andrzejewski był bliski tradycjom prozy realistycznej, zaś jego powieść miała być obiektywnym, na tyle, na ile ludzka myśl i władza ludowa pozwalała, opisem powojennej rzeczywistości. U Wajdy zostaje to postawione na głowie. Tu bowiem do głosu dochodzi arystotelesowska tragedia – wybór między sprawami ostatecznymi, życiem a śmiercią, miłością a powinnością, młodością a obowiązkiem. I jeszcze coś – każdy kadr jest nie tylko dopracowany estetycznie, nie tylko obdarzony unikalną dla siebie plastyką obrazu, ale też jest unurzany w znaczeniach. Układ postaci na planie, przejścia między ujęciami, rekwizyty, gesty – wszystko nabiera tu znaczenia metafizycznego, niemal ostatecznego.

Katarzyna Stępień
Niewinni czarodzieje
(1960 r., Andrzej Wajda)

Film Andrzeja Wajdy może wydawać się historią wręcz klaustrofobiczną, jako że akcja rozgrywa się głównie w czterech ścianach małego mieszkania. Opowiada historię przypadkowego spotkania młodej Pelagii (Krystyna Stypułkowska) i lekarza Bazylego (Tadeusz Łomnicki), którzy spędzają razem noc. Nie jest to jednak takie spędzenie nocy jakie właśnie pojawiło się w Waszych myślach, a doznanie wręcz duchowe. Bohaterowie są sobą zafascynowani. Noc upływa im na rozmowie, w której oboje starają się poznać prawdę o drugiej osobie. Nie chcą jednak pozwolić sobie na szczerość i przyznanie, że są dla siebie stworzeni. Fakt ten jednak wewnętrznie przeraża bohaterów do tego stopnia, że nawet banalna zabawa pudełkiem zapałek przeradza się w zażartą walkę o dominację nad przeciwnikiem. Gdyby nie ich ego, nie pozostałoby nic innego, jak po prostu wypowiedzieć dwa magiczne słowa, wyznać miłość i paść sobie w ramiona. Jednak to nie jest założenie tego filmu i za to go uwielbiam. Ukazuje banalną i w zasadzie prostą historię, w nieszablonowy sposób. Wajda zdaje się mówić: nie warto być wiecznie idealnym, czasem można zrzucić wszystkie pozory i być po prostu sobą. Pozwolić sobie na emocje. Nawet jeśli w obecnych czasach nierealne jest wyobrażenie o nocy nieznajomych, która byłaby tak czysta i nieskażona podtekstem seksualnym, to może właśnie w ten oniryczny świat powinniśmy się wybrać. Film jakby cicho szepcze – szczęście jest możliwe. Gdzieś, kiedyś, z kimś. Po prostu nie ma nic prostszego jak przegapienie go przez nieuwagę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.