SZTUKA ZRANIONA

AGNIESZKA BYKOWSKA
Muka na Sztukę

Frida Kahlo obraz pt. Diego w moich myślach

Frida Kahlo Diego w moich myślach, 1943

W obu przypadkach stajemy przed obrazem kobiety zranionej – czy to przez mężczyznę, czy przez samotność i fizyczną udrękę. Zderzenie z tymi dziełami staje się tym dotkliwsze, że ból zaprezentowany przez artystki wytrąca się ze sfery fizycznej i ucieka w rejony niedostępnej i zaszyfrowanej podświadomości.

Nieco ponad tydzień temu wybrałam się do Poznania celem zobaczenia dwóch, prawdopodobnie najważniejszych wystaw w tym roku. Mowa oczywiście o Björk Digital w Starym Browarze i sztuce meksykańskiej ze schyłku XIX wieku, na czele której stanęli oczywiście jej dumni przedstawiciele: Frida Kahlo i Diego Rivera. Wydarzenie to wypełniło mnie tyloma refleksjami, zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi, że postanowiłam zebrać je wszystkie tutaj i uporządkować.

Pierwsza ze wspomnianych wyżej wystaw, zanim trafiła do Polski, odwiedziła już kilka innych miejsc na świecie m.in. Barcelonę i Londyn i jak zdążyłam się zorientować w każdym z tych miejsc wyglądała nieco inaczej. Zachowany zostaje jednak wyraźny podział na części, a finał poprzedzony zostaje momentem kulminacyjnym. Zacznę jednak od początku.

Pozbawiona przez obowiązkową szatnię wszystkich moich dóbr i uprzedzona o zakazie fotografowania, filmowania itd., zostałam zaproszona przez bardzo miłą panią do sali kinowej, w której odbywała się projekcja teledysków Björk. Po zbliżeniu się do czarnej kotary, która oddzielała teren szatni od wspomnianej sali, zaczęły dochodzić mnie dźwięki utworu „Pagan poetry”. I rzeczywiście, kiedy weszłam do środka na dużym ekranie pojawiła się przede mną ekspresyjna Björk w „przeszywającej” kreacji.  Spędziłam tak kilka minut w oczekiwaniu na właściwe rozpoczęcie wystawy.

Kolejne trzy części tego artystycznego przedsięwzięcia były stopniowym zanurzaniem się w wirtualnej rzeczywistości, która jest naznaczona nieszczęśliwą miłością, co fanów Björk z pewnością nie zaskoczy. Jednym z nadrzędnych celów sztuki w ogóle jest przeniesienie odbiorcy w świat zupełnie inny od doświadczanego lub podsunięcie mu alternatywnych spojrzeń na znany już temat. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w pewnym momencie artystka gdzieś utknęła i choć szuka ciekawszych sposobów na ucieczkę od zranienia i bolesnych wspomnień, nie zmienia to faktu, że od lat jej inspiracją jest wciąż ten sam temat.

Z wielu technicznych względów wystawa nie była do końca udana. Jakość obrazu widzianego przez okulary VR, szczególnie w drugiej części, gdzie widz ogląda teledyski do utworów „Stonemilker” i „Mouth Mantra” nie pozwala na osiągnięcie dostatecznej fazy oczekiwanego eskapizmu. Poza tym okulary w wielu przypadkach zdają się być, najzwyczajniej w świecie, niewygodne, ponieważ opadają na nos zawężając znacząco dopływ tlenu. Trzecia część projektu okazała się w mojej ocenie najciekawszą i prawdopodobnie najlepiej dopracowaną. Zanurzenie się w ciemności dwuosobowego boxu, w którym czekała na mnie kolejna, kulminacyjna faza wystawy, przyniosło efekt pożądany i wyczekiwany. Tym razem okulary wraz z zestawem słuchawkowym były idealnie dopasowane – nie wiem, czy to za sprawą tzw. szczęścia, jednak jakość obrazu i dźwięku wydawała się być znacznie lepsza. Dodatkowo misternie wykrojone efekty wizualne po stronie graficznej prezentowały się na najwyższym poziomie. Na deser dostajemy tablet wraz z zestawem słuchawkowym, na którym mamy do czynienia z aplikacją „Biophilia” i całą gamą muzycznych eksperymentów, które Björk oddaje w nasze ręce.

W nie do końca zgrabny sposób chciałabym przejść teraz do kolejnej z wspomnianych wystaw, mianowicie malarstwa dwójki genialnych meksykańskich artystów, Fridy Kahlo i Diega Rivery, zaprezentowanego w kontekście polskim. Poznańskie Centrum Kultury Zamek zdawało mi się być niemalże idealnym miejscem na tego typu przedsięwzięcie, szczególnie ze względu na możliwość skonstruowania wystawy w taki sposób, aby zwiedzający mógł skupić na niej należną jej uwagę bez ewentualnego pominięcia szeregu wystaw towarzyszących, do czego mogłoby dojść w przypadku gmachu np. Muzeum Narodowego w Warszawie.

Co mnie szczególnie zaskoczyło, to niekoniecznie jasne rozplanowanie dzieł na terenie obiektu. Na początku stajemy przed ważnym pytaniem: co chcę zobaczyć jako pierwsze? Kontekst polski, czy malarstwo Fridy i Diega – gdyż w taki właśnie sposób zbudowana jest ekspozycja. Bardziej przypadkiem, niż świadomie swoje pierwsze kroki skierowałam ku fotografiom Bernice Kolko, na których możemy zobaczyć Fridę „jakiej nie znamy”. Słynna fotografia artystki na łożu śmierci także znajduje się wśród zaprezentowanych dzieł. Następnie udałam się w kierunku wystawy grafik i kilku obrazów Fanny Rabel, jednej z czołowych przedstawicielek „Los Fridos”, czyli uczennic Fridy. Ostatecznie trafiłam do części ekspozycji w której natrafiamy na materiały dotyczące wystawy z 1955 roku. W tym momencie uznałam, że narysowała się przede mną jakaś w miarę spójna całość i skierowałam się do części ekspozycji poświęconej malarstwie Fridy i Diega.

Tutaj oddałam się już tylko doznaniom estetycznym, podziwiając skupienie artystów na detalach i feerię barw zawartą na niewielkim formacie. Ciekawie dobrano wystawowe dzieła – widać na ich podstawie burzliwą, acz zwartą i potężną więź jaka łączyła Fridę i Diega. Oprócz tego jasnym staje się fakt, iż pomimo utrzymywanego w opinii publicznej braku formalnego wykształcenia Fridy, miała ona wspaniale opanowany warsztat dzięki czujnym wskazówkom Rivery. Wzrusza niemalże do łez widok karykaturalnych szkiców Fridy, prezentujących zdenerwowanego Diega.

Frida Kahlo The Bride Frightened at Seeing Life Opened, 1943

Aż trudno uwierzyć, że te na pozór różne od siebie wystawy, skupiają się w tym samym punkcie na mapie, w dodatku pokrywają się czasowo. Jeszcze trudniej uwierzyć w to, że łączy je także relacja tematyczna. W obu przypadkach stajemy przed obrazem kobiety zranionej – czy to przez mężczyznę, czy przez samotność i fizyczną udrękę. Zderzenie z tymi dziełami staje się tym dotkliwsze, że ból zaprezentowany przez artystki wytrąca się ze sfery fizycznej i ucieka w rejony niedostępnej i zaszyfrowanej podświadomości. Najczęściej to właśnie twórca jest tym, kto ma odwagę zmierzyć się z wymiarem tego zjawiska i po odniesionym osobistym zwycięstwie nad doświadczeniem bólu, przekazuje nam swoją receptę na walkę z tym, co dręczy. Dlatego tak ważne jest, aby zobaczyć te wystawy. Trzeba je zobaczyć koniecznie.

Czytaj także: Chcę to mieć na ścianie

Jedna myśl nt. „SZTUKA ZRANIONA

  1. Pingback: Rozmiar, który ma znaczenie | Splot Nieskończoności

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *